Czy popieram strajk nauczycieli?

Kilka osób zadało mi to pytanie a ja zwyczajnie nie wiem co powiedzieć. Nie potrafię na 100% wyrazić swojego poparcia a jednocześnie nikomu nie bronię prawa do strajku. Brak zdecydowania wynika z mojego niedoinformowania w tym temacie, więc możecie mi pomóc i mnie w pewnych kwestiach oświecić.  Oto co wiem, tj. jak to było ze mną:

Nie pracuję i nigdy nie pracowałam w szkole państwowej.

– Zaraz po licencjacie szukałam pracy w szkole, wiedziałam jak marne są zarobki stażysty, ale chciałam jeszcze robić zaocznie magistra, więc pomyślałam, że potraktuję to jak doświadczenie a dorobię w językowej. Nie zdecydowałam się wtedy jednak na tę pracę, gdyż szkoła była dość daleko a proponowany grafik miał sporo okienek. Było to też gimnazjum a marzyła mi się praca w liceum. I tu nasuwa mi się pierwszy wniosek. Okienka zwłaszcza w dużym mieście to coś strasznego. W Warszawie przez 45 min nie wyskoczę na zakupy, po prostu nie zdążę, to okienko to dodatkowa godzina na miejscu.

– Poszłam więc na magisterskie, zaczęłam jeszcze inny kierunek studiów (też magisterskie) i dorabiałam w szkole językowej .

– Po ukończeniu pierwszego magistra, wiedziałam już, że chcę uczyć, nie tłumaczyć (byłam na specjalizacji tłumaczeniowej), ale w szkołach ponownie były etaty tylko w gimnazjach. Chciałam też założyć rodzinę, no ale przecież pracowałam w szkole językowej na zleceniu. Poszłam, więc do pracy w korporacji. Jako osoba bez stażu pracy (bo same zlecenia) uznali mnie za osobę bez doświadczenia, stanowisko było recepcyjno-asystenckie a płaca, oczywiście wyższa od minimalnej krajowej, ale możliwie najbardziej minimalna w tej firmie. Mój brat, który wtedy nawet nie miał matury (zdał ją za 3 razem) zarabiał na produkcji, fizycznie więcej niż ja w tej korporacji (on z nadgodzinami). Ja oczywiście nie miałam płatnych nadgodzin.

Muszę tylko dopowiedzieć, że to były czasy odczuwalnego kryzysu w Polsce a rynek pracy był pracodawcy. Wtedy przez prawie pół roku szukałam pracy na umowę o pracę a nie zlecenie. Byłam między innymi na rozmowie o pracę w znanym hotelu, gdzie już w ogłoszeniu zaznaczyli, że płacą minimalną krajową, praca jest 3-zmianowa a wymagane języki dwa. Rozmowa kwalifikacyjna była po angielsku i niemiecku. Jedna z moich najtrudniejszych rozmów i potem załamanie … bo nawet i stamtąd nie oddzwonili.

 Wracając do pracy w korporacji, bywało, że trzeba było zostać w pracy dłużej. Miałam też godzinę lunchową, co tak naprawdę oznaczało 9 a nie 8 godzin pracy. Ta godzina nie wystarczała by dojść do pobliskiej Galerii Mokotów, zamówić, zjeść i wrócić. Poza tym ,jakbym miała tam jeść , to by z pensji niewiele zostało. Jadłam, podobnie jak większość podrzędnych, w kuchni, w firmie, ze słuchawką przy uchu. Kończyłam 17:30-18 i godzinę wracałam do domu. Śmieszne było to, że w tej firmie byłam takim nikim a dorabiałam rankami w szkole językowej z dojazdem do klienta korporacyjnego, gdzie uczyłam jeden na jeden managerów w innych firmach J

Pracowałam tam z 9 miesięcy i zaszłam w ciążę. Potem na wychowawczym zrobiłam kurs samodzielnej księgowej, chciałam wrócić do pracy, ale już w księgowości. W tej korporacji powiedzieli, że bez doświadczenia to nie. Zresztą wtedy mnóstwo osób było przetasowań, starych znajomych prawie wcale.

Poszłam do pracy do biura rachunkowego. Praca ok, pieniądze ok, lunchowej nie ma, ale na drugim końcu Warszawy i godzinę w 1 stronę dojeżdżałam.

Generalnie rok pracy i przeprowadziliśmy się z Warszawy na Podlasie. Życie tu jest inne, łatwiejsze i spokojniejsze. Pracuję jako samodzielna księgowa na pełnej księgowości. No i teraz Was zaskoczę. Zarabiam o 1500 zł netto mniej niż w Warszawie a praca trudniejsza (choć spokojniejsza). Tam w biurze było nas dużo, każda miała swój wycinek roboty, były głównie książki przychodów i rozchodów. Tu jestem sama, jest produkcja, środki trwałe, dużo WDT, różnice kursowe, pełna księgowość na czwórkach i piątkach, do tego prowadzę też magazyn i wystawiam faktury.  Praca trudniejsza, ale ciekawa i śmiem twierdzić, że doświadczenie zdobędę lepsze niż w korporacji, gdzie każda osoba ma swój wycinek pracy. I co? Za mniej niż w Wawie? A no tak, bo kasa kasie nie równa. Mieszkając w małym mieście jestem mega z niej zadowolona.  Kończę o 15-stej. Do domu wracam 6 minut. Czasu wolnego mam jak nigdy. Kolejny wniosek: te same zarobki w małym a dużym mieście to całkiem co innego. Jeśli dobrze rozumiem Karta Nauczyciela gwarantuje te same podstawowe zarobki czy tu w Siemiatyczach czy w Warszawie (czy tak?). Wiem, że są jakieś dopłaty np. do uczenia na wsi, ale jakieś śmiesznie małe. Śmiem twierdzić, że w dużych miastach nauczyciele powinni zarabiać więcej.

Tu nasuwa się kolejna kwestia. Jak to jest z zabieraniem pracy do domu. Nauczyciele narzekają, że tablicowych mają 18 godzin a drugie tyle jest pracy w domu. Zgoda teraz każda lekcja to rozpisany konspekt, uzupełnienia dziennika online. Nie wiem ile to rzeczywiście zajmuje, wypowiedzcie się. To moim zdaniem powinno być płatne, ale i mierzalne. A co ze sprawdzaniem prac domowych? Tu kwestia jest bardziej złożona, polonista ma więcej pracy przy sprawdzaniu wypracowań niż Pani od geografii sprawdzająca testy, wuefista nie sprawdza prac w ogóle . A jak jest z pracą w domu w innych firmach? Asystentka w korporacji musi być zawsze pod telefonem, mailuje po godzinach też, księgowa papierów do domu nie bierze, ale w domu czyta przepisy, kształci się cały czas, tu akurat podobnie jak nauczyciel. Gazeta podatkowa, którą czytam wychodzi 3 razy w tygodniu. W pracy nie ma czasu by ją przeczytać.

Nauczyciele niektórych przedmiotów  mają szanse dorobienia. Sama nadal pracuję w szkole językowej. Dojeżdżam z Siemiatycz do Łosic po pracy, to odległość ok 30 km. Pierwsze zdziwienie tutejszych znajomych to „tak daleko”? Dla mnie to żadne daleko, ok 30 km dowoziłam w Warszawie dziecko do żłobka, bo żłobek na obrzeżu miasta był dużo tańszy. Znów traciłam czas w korku.
Obecnie w szkole językowej mam 6h tygodniowo, w dobrym pełnym miesiącu, gdy nie wypadnie żaden dzień wolny zarabiam netto jedną trzecią swojej księgowej pensji. W szkole językowej też muszę się przygotować do zajęć a mam różnorodnych uczniów, klasę 2, 5,6, ostatnią gimnazjum, liceum i dorosłych. Każdemu co innego, dorośli nie chcą podręczników tylko indywidualnie dopasowaną lekcję. Śmiem twierdzić, że takie przygotowanie wymaga więcej czasu niż przygotowanie do zajęć tylko z licealistami albo tylko z gimnazjalistami. Nauczyciel też się przygotowuje do zajęć, ale idzie bardziej sztywno z podręcznikiem, jak daną lekcję zrobi z „2 a” to potem tę samą z „2 b” i „c”. Myślę, że przygotować się nie ma trudniej niż ja. Ale kwestia jest taka: Czy wymagam by mi za przygotowanie lekcji w domu płacono? Nie. Czy w innych zawodach tego wymagają? Nie. Czy jak wchodzą nowe przepisy, split payment, RODO, JPK_Rachunek bankowy, którego tylko bank PKO Bank Polski. nie przygotowuje i musiałam robić go sama, zmienić cały sposób wprowadzania rachunku, znaleźć informatyka, który mi pomoże z programem, czy ja wymagam by mnie tego nauczono, by podano na tacy, by zapłacono za ten czas, który spędzam w domu na czytaniu, dowiadywaniu się. Jasne fajnie by było pójść na kurs, ale praca u prywaciarza to praca u prywaciarza, przygotowujesz się więc w domu, czytasz, co ma być . Tu przechodzę do najbardziej spornej kwestii na linii nauczyciele i reszta. Przypominam, że pracuję łącznie 46 godzin tygodniowo. W Wakacje będzie to 40 godzin bo szkoła językowa nie pracuje. Pensji nie ma. Pensji w ferie też nie ma. To co przepracowane to zarobione. Jako pracownik na pełen etat, jako księgowa mam normalnie 26 dni urlopu, nijak to się nie ma do wolnych dni nauczycieli. Goniące mnie terminy ZUSów, VATu, podatków czy listy płac powodują, że ciągiem 2 tygodnie wolnego są niemożliwe, nawet tydzień to problem. Bierze się pojedyncze dni.  Jakiś nauczyciel w TV wypowiadał się, że to nie prawda, że mają 2 miesiące wolnego, bo od połowy sierpnia musi być do dyspozycji dyrekcji. No super! Ja to widzę jednak tak, 44 dni wolne w wakacje, 10 w ferie, 5 podczas przerw w Boże Narodzenie i 2 w Wielkanoc (Wielki Czwartek i Piątek, może jeszcze Środa wolna, nie pamiętam). Razem 61 dni wolnych.

Podczas tych protestów dowiedziałam się, że Karta Nauczyciela stanowi, że nauczyciel pracuje 18h a nauczyciel przedszkola 25h. Prawda to? Jeśli tak to nie wiem skąd te rozbieżności. Nauczycielu przedszkola jestem z Tobą! Uważam twoją pracę za ciężką, wielowymiarową, nie zajmujesz się tylko nauką, ale i opieką, dozorem, wychowaniem dzieci. Masz ich na głowie sporo, wiem też, że często chorujesz na choroby, na które chorują też przedszkolaki. Pracujesz też jeden miesiąc wakacji, konspekty też piszesz. W domu wycinasz, kleisz i kolekcjonujesz „przydasie”. Czemu masz gorzej niż inni nauczyciele, nie wiem.

Chciałabym jeszcze dopowiedzieć odnośnie tego dorabiania.  Angliści, matematycy, wuefiści, poloniści to są Ci, którzy mogą drobić, pracować dodatkowo, dawać korki, prowadzić dodatkowe zajęcia sportowe . Co zresztą? Raczej rzadko słyszy się do chodzenia na dodatkowe lekcje geografii czy biologii. W ich przypadku podstawowa pensja może nie wystarczyć na utrzymanie się, ale nie mam pomysłów co można zmienić. Jakie są Wasze?

Na koniec  jeszcze jedno, protestowanie w czasie egzaminów. Bez komentarza, nie rozumiem, nie zrozumiem.

Jestem ciekawa waszych komentarzy, pewnie będzie internetowy lincz, zauważcie, że jestem z Wami częściowo, po prostu  nie na 100%. Winię system, Kartę Nauczyciela, ale nie wierzę w Wasz brak wolnego czasu, przygotowanie do zajęć kolejne 18 godzin, nie wierzę, bo sama uczę, grupy też, sama czasami siedzę po nocy, że by prace sprawdzić, przepisy poczytać, czytanki przeczytać, słuchanki odsłuchać. Czasami mogę do tego zasiąść dopiero po 22, kiedy dzieci zasną, ale według mnie takie obowiązki są normalne, w prawie każdej pracy trzeba coś jeszcze zrobić w domu, odpisać na maile, przygotować prezentacje itp. Itd.